Czas otworzyć puszkę z pokorą, cierpliwością i wyrozumiałością.

„Podstawowym celem medycyny jest dobro pacjenta. Medycyna jako dziedzina nauki powinna za wszelką cenę utrzymywać zdrowie pacjenta z minimalną szkodą i maksymalną korzyścią dla niego jednocześnie. Terapia ma za zadanie przynosić ulgę pacjentowi, nie może być celem samym w sobie.”

 

Specyfika naszego zawodu polega również na tym, iż jesteśmy najbliższym ogniwem zarówno przy narodzinach jak i przy śmierci. Widzimy radość i szczęście, a także ból i smutek. Słyszymy pierwszy płacz, krzyk z głębi istoty ludzkiej, ale i czujemy na karku powiew ostatniego oddechu.

Kiedyś ktoś niezwykle mądry powiedział mi, że jeżeli wybrało się ten zawód to trzeba się przygotować na to, iż pacjent będący pod naszą opieką może umrzeć. Ale jak, jak można przygotować się na śmierć ? Każdemu człowiekowi – zarówno małemu jak i dorosłemu czy starszemu podarowany został czas, a czas ma to do siebie, że ma zarówno swój początek oraz koniec.

ŚMIERĆ – dla jednych postrzegana jako początek nowego, a koniec starego, dla drugich zaś to koniec wszystkiego, unicestwienie. Człowiek współczesny wymazuje tematykę śmierci ze swojego życia, z mediów, z życia zarówno publicznego i prywatnego. Człowiek tak mocno osadzony jest w życiu, że trudno mu w nim znaleźć czas na refleksje o czymś tak wręcz abstrakcyjnym jak śmierć. Umierający człowiek to znak tego czego się boimy, czyli przymusu zmierzenia się z własną śmiercią. Dlatego doświadczamy tak wielu emocji stykając się ze zjawiskiem śmierci. Każde chore dziecko, każda chora osoba niesie za sobą odrębną historię i lekcję – przez co tak wiele możemy się nauczyć od pacjenta. Lekcje, których nam udzielają, pozwalają uzmysłowić sobie jak wielką wartością jest życie.

Wcześniejsze wieki pozwalały człowiekowi oswoić się z tym zjawiskiem. Śmierć i proces umierania była tak powszechna, że człowiek najczęściej kończył swoje życie w domu, pośród bliskich. Statystyki GUS-u mówią, iż obecnie odsetek pacjentów umierających w szpitalnych łóżkach ma tendencję wzrostową.

W opiece nad pacjentem umierającym najważniejszy jest on i jego rodzina – nie lekarz czy pielęgniarka. Jaka jest więc nasza rola ?

Czas otworzyć puszkę z pokładami pokory, cierpliwości i wyrozumiałości. Co prawda nie na swoim oddziale, ale tak często w środowisku spotykam się z obojętnością wobec tego zjawiska, że aż brak mi słów… Wiem, że nie powinniśmy się za bardzo angażować, bo można oszaleć, wiem też, że należy być profesjonalnym i rzeczowym w pracy…. Warto jednak pamiętać, że i my możemy stanąć kiedyś na miejscu tego człowieka i chociaż odrobinę wczuć się w to co przeżywa – zwłaszcza, jeżeli jest świadomy tego, że jego życie się kończy.  Śmierć dziecka nigdy nie jest zjawiskiem możliwym do zaakceptowania od razu. Zwykle jest zbyt wczesna, zbyt bolesna i zwyczajnie niesprawiedliwa. Kiedy dziecko umiera długo, chorując przewlekle, dystans między personelem medycznym a pacjentem, jego rodziną – maksymalnie się skraca. A kiedy śmierć wydaje się być nieunikniona – warto postarać się o zapewnienie komfortu oraz poczucia bezpieczeństwa pacjentowi oraz jego rodzinie.

Stykanie się z nadchodzącą śmiercią, z własną bezsilnością, niemożnością zmiany sytuacji chorego wiąże się z częstym poczuciem frustracji, zadawaniem sobie samemu wielu pytań dotyczących sensu, świata i życia tu na ziemi. Większość pielęgniarek/pielęgniarzy, których dotyka to zjawisko w codziennej pracy (mam na myśli hospicjum, oity, onkologie itp)  jest narażonych na „przenoszenie pracy do domu”, a także na obniżony stale nastrój, szybciej pojawiające się pierwsze objawy wypalenia zawodowego. Może i da się z czasem „uodpornić” na to zjawisko na tyle by towarzyszyły temu emocje tylko do czasu wyjścia z pracy, a może nie….

Są tacy pacjenci, z których odejściem nadal nie potrafię się pogodzić. Dlatego staram się po prostu wierzyć, iż jest im teraz ciepło, dobrze i spokojnie – bez bólu, głodu i chłodu.

Podsumowując – pielęgniarka jak i pielęgniarz mają duży wpływ na zapewnienie nieuleczalnie choremu godnego umierania. Swoją zdolnością współodczuwania, profesjonalizmem, dojrzałością i odpowiednim przygotowaniem możemy pomóc przejść przez to zarówno choremu jak i jego rodzinie.

 

 

Reklamy

Jeden dyżur.

Godzina 18:00 jestem wykończona całym dniem, a tak naprawdę dopiero wychodzę z zajęć i zmierzam w strone szpitala. Wchodzę przebieram się i powolnym, zmęczonym krokiem zmierzam w strone oddziału. Moje ubranie jest dziś świeżo wyprane, bez plam propofolu i niedojedzonego obiadu na spodniach. Przepełnia mnie stres i mała dawka ekscytacji. Intensywna Terapia ma to do siebie, ze nigdy nie wiem co tam zastanę. Nie powinnam się do tego przyznawać, ale na izolatce od dłuższego czasu leży moja ulubiona pacjentka. Pacjentka bardzo problematyczna, ponieważ nie wiemy nadal co jej dolega, nie da się jej wprowadzić porządnej i postępującej w dobra strone terapii. Wszyscy jednak zgodnie walczymy o to by było jej lepiej. Już kiedyś u nas leżała, stąd jeszcze większy sentyment.

Wchodzę i uśmiecham się. Przecież nikt na oddziale nie musi wiedzieć, że jestem dziś niewyspana i po całym dniu zajęć. Przyjmuje pacjenta i zaczyna się. Naprawdę bardzo ciężko patrzy się na dzieci, które próbują odebrać sobie życie. Zwłaszcza kiedy są już na oddechu własnym i można z nimi porozmawiać. Często te rozmowy są czcze, ale dla tych pojedynczych wyjątków warto je podejmować. Więc podejmuje. Nie bawię sie w terapeutę, nie daje rad. Słucham, rozmawiam. I dowiaduje sie nierzadko przerażających faktów z życia mojego pacjenta…

W ciągu ostatnich miesięcy postawiłam bardzo na kontakt z rodzicami. Wbrew pozorom to naprawdę ułatwia współpracę. Kiedy rozmawiasz z rodzicami, którzy ledwo trzymają się sytuacji, są już jak cień – masz wrażenie, ze jesteś ich jedynym powiernikiem. Staram się jak mogę dać im moje wsparcie. Bo chociaż za pare godzin stad wyjdę i zamknę ten temat na trochę w swojej głowie, teraz wierze, ze dobro mojego pacjenta zależy również od mojej relacji z jego rodziną.

Dzisiaj rodzice są smutni, zapłakani. Kiedy ich ukochane dziecko kolejny raz próbuje odebrać sobie życie nie da się „jakoś” tego przeżyć. Oni potrzebują się wygadac, a ja naprawdę chce ich wysłuchać. Żeby w jakikolwiek sposób dojść do mojej pacjentki, muszę znać przebieg jej terapii i to jak sama doprowadza się do destrukcji. Wiem, ze dziś dyżur będzie ciężki, ze odbije się na mojej głowie, mimo iż nie mam dzieci. Koleżanki z oddziału z jeszcze większym bólem patrzą na pacjenta, który jest bliski wieku ich dziecka. Empatia. Słowo niby śmieszne, wmawianie nam niejednokrotnie na studiach. „Bez empatii nie można być dobra pielegniarka”. Dzisiaj przydatne. Będzie mi towarzyszyło.

Rodzina pacjenta jest wymagająca na Oddziale Intensywnej Terapii. Trudno im się dziwić, bo to ich dziecko tu leży. Pewnie gdyby moje tu leżało to wygryzłabym drzwi, żeby tylko być jak najbliżej. Dlatego staram się powiedzieć im wszystko co wiem, w swoim zakresie zawodowym.

A z lekarzem… NO cóż z lekarzem bywa jak z mężem/żona. Współpraca partnerska jest bardzo udana, kiedy podpowiesz coś na podstawie swoich obserwacji, ale tak, żeby uznał, iż sam na to wpadł. Pewnie wpadłby. Ale to ja jestem pierwsza linia w kontakcie z pacjentem. To ja widzę go najwiecej w ciągu tych 12 godzin dyżuru. Kiedy mam gorszy dzień nie wchodzę w dyskusje na temat leczenia pacjenta. To nie moje kompetencje, działam tylko w zakresie, w którym powinnam. Są tez dni, w których próbuje się wtryniać, ale tak, żeby nikt tego nie zauważył. W końcu ego ludzkie nie lubi, gdy ktoś zauważa coś przed kimś innym. Tak czy inaczej – bez nich moja praca byłaby nic niewarta i odwrotnie. A pracuje się roznie. Raz lepiej, raz gorzej jak zawsze. Zależy czy ktoś uważa Cię za stojak od strzykawek czy partnera do pracy, a są i tacy i tacy.

Dziś jest dobry dzień na ratowanie ludzkiego życia. A ludzkie życie można ratować na wiele sposobów. A może wystarczy tylko rozmowa ? Dlatego czuwam. Jestem w pobliżu. Może będzie potrzebowała porozmawiać, może będzie chciała tylko spać, może będzie chciała żeby ktoś przy niej był…

I tak mija mi jeden dyżur z życia. Dwanaście godzin, dzięki którym czuje, ze to co robię ma sens. Moja praca to nie tylko zle strony. Ma tez właśnie takie, przez które z czasem czuje się silniejszą pielęgniarką.